Historia ciap-treku
Jak powstała legendarna NGT C-T ZCS (czyt. Niezdyscyplinowana Grupa Trekingowa Ciap-Trek Zdobywcy Czepowanych Szczytów) ?
Wszystko zaczęło się od niewinnego, sponatnicznego wypadu na weekend do Roznova pod Radhostem. Z Rybnika startowaliśmy w piątek po pracy, na miejsce zajechaliśmy późnym wieczorem, nie pozostało zatem nic innego jak wyluzować się przy pysznym czeskim piwku i tak też się stało
.
Następnego dnia wyruszyliśmy na mały spacer i tak sobie wędrując nagle wpadliśmy na pomysł, aby wejść na szczyt góry Radhost, mieliśmy inforamcję, że jest to niezbyt trudna trasa, a na szczycie znajduje się schronisko, w którym zamierzaliśmy zjeść czeskie knedliki i napić się "czepowanego" piwka. Do podjęcia decyzji o wyjściu na szlak z pewnością przekonała nas pani ze stacji benzynowej, która odradzała nam to przedsięwzięcie mówiąć, że szlak jest długi na jakieś 6 godzin!
Totalnie nieprzygotowani, bez jedzenia, bez picia oraz bez odpowiedniego ubioru (w tej kategorii nieprzygotowania wyłączam Rysia, który miał buty trekingowe i kurtkę membranową) ruszyliśmy na szlak. Po drodze mieliśmy przekrój przez niemal wszystkie pory roku!! Wiosna na dole, trochę wyżej jesień i na szczycie całkiem groźna zima. Z niemałym trudem doszlismy do szczytu, pod koniec było naprawdę ciężko, zwłaszcza gdy śnieg zawiewał w poziomie, a widoczność była tak ograniczona, że nie znaleźliśmy schroniska. Pierwszy budynek jaki zobaczyliśmy (myśląć, że to narsze schronisko w którym wreszcie odetchniemy oraz uzupełnimy stracone kalorie i płyny) okazał się być stacją meteorologiczną, kolejmy budynek, do którego przedzieraliśmy się przez zawieruchę śnieżną okazał się być kościółkiem (zdespaerowana część ekipy - czyt. Domel i RiCardo chciała wypijać wodę z wazoników z kwiatkami). W tym momencie odpuściliśmy sobie poszukiwanie schroniska, obawialiśmy się trochę, że nie odnajdziemy drogi powrotnej, bo widoczność była fatalna.
Zmarznięci, głodni, spragnieni aczkolwiek zadowoleni ruszyliśmy w drogę powrotną. Jakże wspaniały i pyszny w tych warunkach okazał się kawałek batonika bounty znaleziony u Rysia w plecaku, nikt nawet nie wnikał w to ile lat Ryś go tam przechowywał 
I tak właśnie zrodził się ciap-trek, mimo beznadziejnej aury, wszystkim nam się podobało i mało tego chcieliśmy jeszcze. Po powrocie do pensjonatu snuliśmy plany przyszłych wypraw i jak widać wszystko się udało, chodzimy dużo, często i co najważniejsze zarażamy innych naszą pasją.
Zapraszamy do galerii z pierwszej wyprawy ciap-terku (z narodzin ciap-treku):
Przydatne informacje.















